//////

W TYM SAMYM CZASIE

W tym samym czasie — próba reali­zacji tła właściwego reportażu: „zwykły dzień krwiodawcy”. Kolejny dzień trwania kółka w maszynie. Sytuacje uproszczone, wyraziste. Sen, przebudzenie, praca, przerwa w pracy, jedzenie, żeby dalej pracować. Monotonia, szarość, brzydota, poczucie beznadziejności — to nastrój tekstów, które tworzą tę część spektaklu. Wraz z oporem krwiodawców wobec narzuconej im sytuacji, której sztuczność coraz bardziej odczuwają, rośnie agresyw­ność Dziennikarza, gumowe rurki, białe kitle zmieniają się w narzędzia kary lub zniewolenia. Dziennikarz brutalnością lub podstępem ciągle wygrywa drobne pojedynki, nie mogąc zarazem zwyciężyć ostatecznie, to znaczy zrealizować zamie­rzonego celu. Padają słowa ostre, pełne goryczy, lecz wtedy nagle na mówiącego Dziennikarz narzuca płachtę białego płótna. Głos protestu cichnie.

WCIĄGNIĘCIE W GRĘ

„Szarzy ludzie” miotają się od akceptacji samych siebie takich, jakimi chce ich widzieć Dziennikarz, od uległości do oporu, drwiny i buntu. Zaplanowane widowisko coraz bardziej wymyka się z rąk reżyserowi.Początkowo krwiodawcy dają się wciągnąć w grę. Każdy po kolei próbuje odnaleźć się jakoś w roli „bohatera pozytyw­nego” — bohatera reportażu. Urzędnik, dźwigając na plecach wielką planszę z czerwonym krzyżem, usiłuje podkreślić tym gestem wagę swego poświęcenia. Robotnik przybiera pozy ty­powe dla bohatera pracy — utrwalone w socrealistycznych po­mnikach, młody człowiek usiłuje epatować publiczność swą bez­kompromisową, buntowniczą postawą. Mimo to ciągle nie udaje się Dziennikarzowi doprowadzić do zrealizowania i utrwalenia pięknej sceny. Urzędnikowi-odkupicielowi ktoś podstawia nogę, bohater robotniczy spada z podestu, młody człowiek i chłopiec mówią nie to, co trzeba.

SYMBOL SYSTEMU

To również symbol systemu eksploatacji, który stopniowo, lecz nieubłaganie zabija ludzi wypompowując z nich krew-życie. Teksty Barańczaka czasami są użyte zgodnie z logiką scenicznej sytuacji, wyrażając osobowość mówiącego, czasami zaś ich treść biegnie obok akcji lub nawet jej zaprzecza wywo­łując groteskowe lub dramatyczne efekty. O zamiarach Dzien­nikarza, o jego „koncepcji” reportażu i o tym, jak naprawdę będzie on wyglądał, mówią pierwsze teksty: Dziennikarza, skierowany do wyimaginowanej publiczności telewizyjnej, i Pie­lęgniarki zwracającej się do jednego z krwiodawców.

JEDNYM TCHEM

Spektakl oparty na wierszach Stanisława Barańczaka, jeszcze bardziej demaskatorski niż Koło czy tryptyk?, nie mówi wprawdzie bezpośrednio o niedawnych wydarzeniach grudnio­wych, próbuje za to pokazać, co do nich doprowadziło: tworze­nie gigantycznej fikcji w imieniu „szarego człowieka”, fikcji, która rozrastając się coraz bardziej zaczyna żyć własnym ży­ciem. A „szary człowiek”? „Słyszy ciągle, że jest szarą solą zie­mi, ale nie wie, że ta sól może służyć równie dobrze jako na­wóz.” Konstrukcja spektaklu jest pozornie prosta. Dziennikarz robi „optymistyczny” reportaż ze stacji krwiodawstwa. Prze­strzeń sceniczna zabudowana podestami, na które wstępują bohaterowie reportażu lub jego autor, z których czasami spa­dają lub są strącani. Rekwizyty: gumowe rurki do ściągania krwi, mogące służyć również jako krępujące powrozy lub pej­cze, białe kitle, wiadro czerwonej farby.

POWTARZAJĄCY SIĘ FRAGMENT

Fragment powtarza się uporczywie, natrętnie. Widzowie i akto­rzy biorą się za ręce. Stoją w milczeniu, aż wypalą się znicze. Przesłanie spektaklu jest przejrzyste. Czy mamy uczestniczyć dalej w absurdalnym ruchu po błędnym kole, czy przywrócić sens rzeczywistości budując trzecią część — tryptyk? Oto komentarz Zdzisława Hejduka, współtwórcy spektaklu, będący wyrazem poszukiwań zespołu w trakcie przygotowywa­nia tej wypowiedzi: „Wiedzieliśmy, że trzeba będzie uświado­mić wszystkim obecnym, w sposób najbardziej drastyczny, prawdę, że za niedawną przeszłość Polski odpowiadamy wspól­nie, chociaż każdy w różnym stopniu. Podobnie, jak będziemy odpowiadać wspólnie za jej przyszłość. […] Czy potrafimy zracjonalizować błędy i wypełnić podjęte wobec siebie na nowo, w grudniu 1970 roku, zobowiązania, czy też historia wykre­śli nam niejeden jeszcze dramatyczny meander? […] Trzeba ich [widzów] przekonać, że wcale nie jesteśmy zdeter­minowani jakimś metafizycznym kołem, że nie jesteśmy bezwol­nie wpisani w historię, że wszystko zależy w gruncie rzeczy od nas. […]

ROBI SIĘ CICHO

Robi się cicho. I krzyk: „A my wszyscy, gdzie byliśmy wtedy? My wszyscy, tu zebrani, a nie tylko przysłowiowi «Oni»!” Oto fragmenty finału części drugiej: „Dosyć wygodnego kibi­cowania! Przyglądania się karykaturze społeczeństwa, którą tworzyliśmy wspólnie! Rewolucja na górze nie załatwiła wszyst­kich naszych wątpliwości […]. Nikt z nas nie będzie myślał, pra­cował, protestował na rozkaz, kiedy trzeba! Nie wierzymy, aby niektórzy tak przeżarci konserwatyzmem ludzie — mocą jednej uchwały przemienili się w zastęp jasnych aniołów… Dlatego nie wolno nam trzymać się z dala od polityki! Musimy rozliczać się na bieżąco! I nie przy kolacji plując na ministrów… Ale zaczy­nając od siebie! […] To już ostatni dzwonek! […] jeżeli nie chcemy dreptać w miejscu… Na egzotyczną, chocholą nutę w samym środku Europy!” Część trzecia to już milczące niemal zakoń­czenie. Widzowie przechodzą do następnej ciemnej sali. Usta­wiają się wokół okrągłego stołu. Na stole płoną zaimprowizo­wane znicze. Siedem szklanek ze spirytusem.

ZAPROSZENI WIDZOWIE

Widzowie zaproszeni do stołu siadają, po chwili zaczynają uczestniczyć w tym dziwnym bankiecie. Aktorzy przemieszani z widzami przy stole zachęcają do jedzenia i picia. Tymczasem korowód rusza w takt piosenki A jak będzie słońce pogoda… W środku podkowy rozgrywają się sceny świad­czące o ogólnej radości, w nastroju ludowego święta czy też suto zakrapianych imienin. Ktoś czyta fragmenty listów do redakcji, wspaniałe prognozy wymyślone przez ekspertów futurologów. Tańce, śmiechy, rozbieranka, wulgarne zaloty, marsze, pochody, polonezy. A pomiędzy tym strzępy rozmowy o tym, co się nie­dawno stało… U szczytu euforii w pełnym „rozkwicie” bankietu ktoś ściąga obrus ze stołu i wali pięścią w stół. Brzęk tłuczonego szkła, na podłogę sypią się resztki jedzenia, grzechoczą puste butelki.

PO PRZEMÓWIENIACH

Po przemówieniach sakramentalne: „Otwieram dyskusję, czy są pytania? Nie ma? Więc powiedzcie, co tam u was słychać?” Widzowie są skonsternowani. Włączają się aktorzy. I znów py­tania i propozycje jak z gazety. A to: „dlaczego w moim za­kładzie zła organizacja pracy?”, a to: „czemu premie źle rozdzie­lone?”, „a może by poprawić jakość produkowanej w naszej wytwórni kiełbasy?”. Narasta poczucie absurdu. I wtedy zaczy­na się część druga. Nastrój zupełnie inny. Drzwi się otwierają i wchodzimy do dużej sali, rzeczywiście wyglądającej na kon­ferencyjną. Jednak w tej chwili pełni rolę sali bankietowej. Stoły ustawione w podkowę, nakryte, lecz bankiet jakby już trwał długo. Brudne obrusy, niedopałki, butelki z wódką i po wódce, resztki „zagrychy”. A w środku podkowy — „cepe­liada — symbol szczęśliwego życia. Nieruchomy pochód w stro­jach ludowych.